|
|
|
|
 |
Artykuły
|
Artykuły
Wykłady publiczne Claud Diolosa
-
Alergia - Pediatria. Matka
i dziecko wg tradycyjnej medycyny chińskiej
- Psychologia w medycyny chińskiej
- Psychologiczne przyczyny chorób
w medycynach wschodu -
Reumatyzm i ból pleców
Medycyna i
konkurencja
Marek Kalmus;
Tradycyjna medycyna chińska szansą
dla polskich pacjentów...
Marek Kalmus
Chińska
metoda na niepłodność Louise Carpenter
Audycje
radiowe
Ostatnie dwudziestolecie to okres wielkiego
zainteresowania komplementarnymi i alternatywnymi metodami
leczenia oraz ponowne „odkrycie" zalet medycyny naturalnej.
Obserwujemy też sięganie
do różnych starych tradycji:
europejskiego ziołolecznictwa, medycyny orientalnej; renesans
zainteresowania przeżywa nie tak znowu stara (ok. dwustuletnia)
homeopatia. Dziedziny te dają nieraz spektakularne dowody
skuteczności diagnozowania i leczenia.
Uważam, że najwyższy czas, by rozpocząć publiczną dyskusję na
temat komplementarnych
i alternatywnych metod leczenia oraz ich
dostępności w Polsce.
Do medycyny naturalnej zaliczają się tak wielkie tradycje
medyczne jak chińska, indyjska (ajurwedyczna) czy tybetańska.
Oparte są na innym, co wcale nie znaczy, że gorszym od naszego,
rozumieniu świata i człowieka. Odrzucanie ich świadczy jedynie o
ignorancji.
Warto więc doprowadzić do współpracy przedstawicieli różnych
tradycji medycznych, które tylko na tym skorzystają ze
znakomitym wynikiem dla chorych. Postawa negacji,
charakterystyczna dla wielu przedstawicieli naszego środowiska
lekarskiego, to z jednej strony klasyczny przykład typowo
polskiej „bezinteresownej zawiści" tak niestety
charakterystycznej w tej grupie zawodowej, jak i typowe myślenie
w stylu komunistycznym: „wiem lepiej co dobre dla innych" -
nawet jeśli fakty mówią coś przeciwnego. Tymczasem ja nie życzę
sobie decydowania o tym w moim imieniu. Uważam wręcz,
że jest to
naruszanie podstawowych swobód i praw obywatelskich. Wszakże
wolno mi samemu decydować (na dodatek za moje pieniądze), kto i
jak będzie mnie leczyć, a nikt nie ma prawa (zgodnie z
Konstytucją) tego mi zabronić.
Nasi lekarze nie muszą się obawiać konkurencji - ludzie
zazwyczaj najpierw udają się do nich,
a dopiero potem, gdy
medycyna „oficjalna" (czyli zachodnia) im nie pomoże, zwracają
się w kierunku medycyny naturalnej czy też innych metod
alternatywnego leczenia. Każdy przecież chce być zdrowy
i
szczęśliwy. Wierzę, że dopiero świadome połączenie osiągnięć
różnych tradycji medycznych pozwoli stworzyć prawdziwą,
humanistyczną medycynę jutra.
Ostatnie dwudziestolecie to okres wielkiego zainteresowania
niekonwencjonalnymi metodami leczenia oraz ponowne „odkrycie"
zalet medycyny naturalnej. Obserwujemy też sięganie do różnych
starych tradycji: europejskiego ziołolecznictwa, medycyny
orientalnej; renesans zainteresowania przeżywa nie tak znowu
stara (ok. dwustuletnia) homeopatia. Dziedziny te dają nieraz
spektakularne dowody skuteczności diagnozowania i leczenia. Z
drugiej strony mamy do czynienia z masowym rozwojem metod
dotychczas nieznanych, leżących mniej lub bardziej poza nurtem
oficjalnej nauki zachodniej.
Można mówić o swoistej schizofrenicznej postawie współczesnych
społeczeństw względem tak ważnej dla człowieka dziedziny, jaką
jest zdrowie i leczenie chorób. Naprzeciw siebie stoją dwa
wrogie obozy: zwolennikami scjentystycznego, a więc
racjonalistycznego, mechanistyczno-materialistycznego pojmowania
życia i analitycznego podejścia do chorego człowieka są m.in.
liczni naukowcy oraz większość lekarzy; natomiast po drugiej
stronie znajduje się nieliczna grupa uczonych i lekarzy
o
poglądach holistycznych (reprezentujących coraz bardziej
upowszechniający się na świecie systemowy paradygmat nauki),
oraz ogromna rzesza „pacjentów" (byłych i potencjalnych)
rozczarowanych nieskutecznością, niekiedy bezradnością, a czasem
nawet partactwem współczesnej medycyny.
Uważam, że najwyższy czas, by rozpocząć publiczną dyskusję na
temat alternatywnych metod leczenia w Polsce. „Oficjalna"
medycyna boryka się z wielkimi kłopotami finansowymi,
aparaturowymi, lokalowymi, etycznymi. Brakuje lekarstw, lub są
tak drogie, że wielu potrzebujących nie może sobie
na nie
pozwolić. Bylejakość i tragiczny stan służby zdrowia w Polce
(mimo licznych przykładów wielkiego poświęcenia i wspaniałej
postawy lekarzy i niższego personelu medycznego) jest wręcz
przysłowiowy. Wzrasta ilość chorób i ludzi cierpiących, którym
medycyna zachodnia nie jest w stanie skutecznie pomóc.
Powszechnie znane są przypadki bezradności nauki lub nawet
szkodliwych czy tzw. ubocznych(!) skutków leczenia. Tymczasem –
zamiast umożliwić potrzebującym swobodny dostęp
do wszelkich
możliwych metod leczniczych, również komplementarnych i
alternatywnych, instytucje służby zdrowia (Ministerstwo Zdrowia,
Izby Lekarskie, Narodowy Fundusz Zdrowia, wyższe uczelnie
medyczne) zajmują się biurokratycznymi przepisami
uniemożliwiającymi chorym korzystanie z takich sposobów
leczenia, które są im w stanie skutecznie pomóc. Często pod
pozorem dbałości
o bezpieczeństwo pacjenta utrudnia się mu
dostęp do alternatywnej i komplementarnej medycyny. Uważam, że
jest to otwarte łamanie przysięgi Hipokratesa przez ludzi,
którzy powinni jej nie tylko przestrzegać, ale i strzec!
Tłumaczenie zakazów ochroną pacjentów przed szarlatanami, lekami
niewiadomego pochodzenia, nienaukowymi metodami itd. jest mało
przekonywujące. Przecież właśnie chowanie głowy w piasek
i
udawanie, że problem nie istnieje (bo np. metoda jest
„nienaukowa” wg opinii wąsko wyspecjalizowanych naukowców) daje
pole do popisu różnym szarlatanom i osobom nieuczciwym,
żerującym na cierpieniu innych. Natomiast odrzucenie ex cathedra
wszystkiego, co niezrozumiałe
lub nieznane, to zaprzeczenie
założeń nauki wychodzącej otwarcie naprzeciw takim wyzwaniom.
Prawdziwi uczeni są pokorni wobec ogromu Natury; usiłując
poznać, nie roszczą sobie nigdy pretensji do kategorycznego
wyrokowania o tym, co jest dobre, a co złe, co istnieje
naprawdę, a co być nie może, itp. Historia nauki obfituje w
przykłady ośmieszające zadufanie pewnych naukowców, nawet
uznanych i z tytułami profesorskimi, którzy czuli się zbyt pewni
w swych sądach. Nowożytna nauka nie ma wcale wyłączności na
prawdę, a częste i tragiczne w swych skutkach pomyłki każą
zastanowić się, czy w sprawach tak poważnych jak zdrowie i życie
ludzkie, ma ona prawo do zajmowania uprzywilejowanej, czy wręcz
monopolistycznej pozycji.
Pragnę zwrócić uwagę przeciwnikom medycyny np. naturalnej, że
jest ona znacznie starsza i często skuteczniejsza (służę wieloma
przykładami) od niesłusznie idealizowanej naukowej medycyny
zachodniej. Warto pamiętać, że do medycyny naturalnej zaliczają
się tak wielkie tradycje medyczne jak chińska, indyjska (ajurwedyczna)
czy tybetańska. Oparte są na innym, co wcale nie znaczy, że
gorszym od naszego, rozumieniu świata i człowieka. Odrzucanie
ich dorobku (a zazwyczaj najwięcej na ten temat mają do
powiedzenia osoby zupełnie tych systemów nie znające ) świadczy
jedynie o ignorancji. Również żądanie weryfikacji np. lekarza
tybetańskiego przez urzędników medycyny zachodniej jest równie
absurdalne jak np. żądanie od profesora astronomii by
weryfikował profesora geologii. Przecież jedynym rzeczywistym
kryterium jest całościowy rezultat leczenia. W przypadku innej
tradycji medycznej i leczniczej potwierdzenie prawa wykonywania
zawodu nie musi mieć formy dyplomu - tak papierowy (i oprawiony
w skórę) dyplom zachodniej akademii medycznej, jak np.
tybetańska „srebrna łyżeczka" to tylko symbole, i z samego faktu
ich posiadania nikt jeszcze nie staje się lekarzem - jedynym
kryterium jest wiedza połączona z właściwą postawą etyczną.
Jestem przekonany,
że większość pacjentów trafiających do
lekarzy medycyny orientalnej, zielarzy, irydologów, homeopatów
itp. stanowią ludzie, którym nasza medycyna „oficjalna” nie
potrafiła pomóc. Dlatego trąci demagogią powoływanie się na brak
zgody Ministerstwa Zdrowia czy Izby Lekarskiej i zarzucanie
łamania prawa poprzez sam fakt leczenia bez stosownego papierka.
Dla niektórych biurokratów ważniejsze wydają się być przepisy ,
niż życie i zdrowie ludzkie. Równie wielki problem to zaporowe
przepisy oraz biurokratyczno-finansowe regulacje Ministerstwa
Zdrowia, uniemożliwiające oficjalne sprowadzanie i sprzedaż
leków oraz ziół chińskich czy tybetańskich – które np. w USA,
Wielkiej Brytanii, Luksemburgu, Niemczech można od lat kupować
oficjalnie.
Proponuję więc, by zamiast krytykować i zakazywać czy odrzucać,
lepiej najpierw spróbować poznać -
i to nie wyrwane fragmenty,
ale podstawy systemu - okaże się wtedy, jak spójne i logiczne, a
zarazem głęboko humanistyczne są np. wschodnie tradycje
medyczne. Budzi szacunek i zdumienie ich niebywała precyzja w
diagnozowaniu chorób bez użycia skomplikowanej aparatury,
nieznana u nas znajomość leczniczego działania różnych
substancji (nie tylko ziół), które potrafią działać z siłą
niczym nieustępującą lekom chemicznym, natomiast bez skutków
ubocznych. Sukcesy terapeutyczne medycyny chińskiej czy
tybetańskiej są niepodważalnymi faktami bez względu na to, czy
posiadamy ich naukowe uzasadnienie – leki działają bowiem
niezależnie od kontroli i oficjalnej akceptacji farmaceutycznej.
Zresztą cóż może powiedzieć na ich temat farmaceuta, poza
określeniem składu chemicznego
i biochemicznego wpływu na
organizm (i to tylko w takim zakresie, jaki objęto badaniami),
gdy tymczasem ich siła polega również na czymś innym, nie
mieszczącym się nieraz w naszym światopoglądzie – a przez to
całkowicie pomijanym w badaniach naukowych, lub wręcz nie
przyjmowanym do wiadomości.
Warto więc doprowadzić do współpracy przedstawicieli różnych
tradycji medycznych, które tylko na tym skorzystają ze
znakomitym wynikiem dla chorych. Pierwszą w Polsce jaskółką w
tym kierunku były działania profesora Zbigniewa Garnuszewskiego
w Centrum Akupunktury w Warszawie, założonym
i kierowanym przez
niego do śmierci (zupełnie niedocenione w Polsce, a uznane na
świecie, w tym
i w Chinach). Z drugiej strony trzeba być
świadomym, że – mówiąc o działaniach Profesora Garnuszewskiego –
postawiony został dopiero pierwszy krok na drodze do uznania
wartości medycyny chińskiej na naszym rynku usług medycznych.
Akupunktura nauczana w Centrum Akupunktury to tzw. akupunktura
medycyny zachodniej, a nie tradycyjna akupunktura . Różnica
między nimi jest zasadnicza: pierwsza instrumentalnie korzysta z
pewnych technik nakłuwania oraz znajomości przebiegu kanałów
i
punktów akupunkturowych, wyrwanych z całościowego kontekstu
medycyny chińskiej (m.in. bez umiejętności diagnozowania oraz
innych metod np. kompleksowego uzupełniania niedoborów
i
osłabiania nadmiarów, właściwych tradycyjnej medycynie
chińskiej) – to tzw. metoda objawowa dobra do działań doraźnych,
ale ze względu na fragmentaryczność i oparcie się na diagnozie
medycyny zachodniej, mogąca na dłuższą metę być dla pacjenta
szkodliwa. Z drugiej strony konieczne jest traktowanie każdego z
systemów medycznych całościowo – bo tylko wtedy można w pełni
wykorzystać ich bogactwo i wielowiekowy dorobek. Jest to istotne
tym bardziej, że np. wzmiankowana już tradycyjna medycyna
chińska to skomplikowany, w pełni naukowy (choć oparty na innym
paradygmacie niż nauka zachodnia) system leczenia kompleksowego
– począwszy od diagnozy, poprzez analizę różnicową pozwalającą
określić pierwotne, głębokie przyczyny choroby, aż po leczenie –
równie kompleksowe, bo oparte na ziołach, właściwej dla danego
pacjenta diecie, a tylko w niewielkiej części akupunkturze.
Starych tradycji medycznych nie należy mieszać z uzdrawianiem –
to pełnoprawne systemy medyczne, których przedstawiciele nie
muszą udowadniać urzędnikom medycyny zachodniej, że znają się na
leczeniu i mają do tego prawo. Znacznie korzystniejszym byłoby
umożliwienie przedstawicielom komplementarnych i alternatywnych
metod leczniczych, jak również i uzdrawiaczom, zaprezentowanie
swoich możliwości - nawet w warunkach klinicznych. Dotychczasowe
przykłady takiej współpracy na świecie świadczą wyraźnie na
korzyść takiej postawy. Ułatwi to weryfikację i pozwoli lekarzom
medycyny zachodniej nauczyć się czegoś nowego, oraz stworzy
szanse na badania innych tradycji medycznych zgodnie z
metodologią medycyny zachodniej. Natomiast pacjentom poszerzy
możliwości leczenia. Uzdrawiacze, bioenergoterapeuci itp. we
własnym interesie byliby zainteresowani prawnym
i zawodowym
uregulowaniem swej działalności. Takie podejście pozwoliłoby na
wyeliminowanie osób niekompetentnych i nieuczciwych, a
równocześnie znacznie zwiększyłoby szanse odzyskania zdrowia dla
tysięcy osób, które w obecnej sytuacji są po prostu pozostawione
samym sobie.
Najlepszym przykładem właściwego podejścia do spraw medycyny
komplementarnej i alternatywnej
są regulacje prawne, obejmujące
zarówno zakres nauczania, wymagania egzaminacyjne oraz prawo do
wykonywania zawodu, stosowane od lat z dobrym skutkiem m.in. w
Niemczech, Wielkiej Brytanii czy USA. O tym mówi także Rezolucja
Parlamentu Europejskiego numer 1206 z 4 listopada 1999 roku.
Tymczasem w Polsce dalej w tej sprawie dzieje się niewiele, mimo
że w myśl Strategii na lata 2002-2005 Światowej Organizacji
Zdrowia dotyczącej tradycyjnej medycyny oraz umożliwienia
dostępu do niej dla wszystkich pacjentów zobowiązani byliśmy
jako kraj-członek WHO mieć już daleko zaawansowane procedury z
tym związane. Tymczasem jesteśmy dalej na etapie wstępnych
„przymiarek” – jak na razie Minister Zdrowia powołał jedynie
dwunastoosobową Radę do Spraw Niekonwencjonalnych Metod Terapii,
w której zasiadają lekarze medycyny zachodniej i prawnicy.
Postawa negacji, charakterystyczna dla wielu przedstawicieli
naszego środowiska lekarskiego,
to z jednej strony klasyczny
przykład typowo polskiej „bezinteresownej zawiści" tak niestety
charakterystycznej w tej grupie zawodowej, jak i typowe myślenie
w stylu komunistycznym: „wiem lepiej, co dobre dla innych” –
nawet, jeśli fakty mówią coś przeciwnego. Tymczasem ja np. nie
życzę sobie decydowania o tym w moim imieniu. Uważam wręcz, że
jest to naruszanie podstawowych swobód i praw obywatelskich.
Wszakże wolno mi samemu decydować, kto i jak będzie mnie leczyć
– na dodatek za moje pieniądze arbitralnie ściągane przez ZUS, a
nikt nie ma prawa (zgodnie z Konstytucją) tego mi zabronić. Izby
Lekarskie i Ministerstwo Zdrowia (dopóki funkcjonuje na
dotychczasowych zasadach) oraz podległe mu instytucje powinny
zajmować się medycyną zachodnią, bo tylko na tej
się znają!
Powoływanie się na ułomne przepisy prawne świadczy w naszej
sytuacji o przedmiotowym traktowaniu człowieka i stawianiu ponad
jego zdrowiem martwej litery prawa tworzonego zazwyczaj
koniunkturalnie. Prawo można bowiem zmieniać, natomiast
utraconego życia czy zniszczonego zdrowia nikt dekretem nie
przywróci. Dlatego uważam za obowiązek Ministerstwa Zdrowia
zweryfikowanie dotychczasowych poglądów i podjęcie rzetelnej
publicznej dyskusji, wolnej od demagogii
i pseudonaukowych
argumentów. Również Izby Lekarskie winny wyjść w tym przypadku
poza instrumentalną ochronę zawodowych interesów środowiska
lekarskiego, zwracając większą uwagę
na aspekt etyczny tej
sprawy. Wynikiem tego winno być opracowanie odrębnych przepisów
prawnych dotyczących tak medycyny naturalnej jak i
alternatywnych metod leczniczych. Jestem przekonany,
że pacjenci
potrafią to szybko docenić.
Warto mieć świadomość, że problem nie dotyczy „fanaberii”
nielicznej grupy osób. Według danych WHO z komplementarnej i
alternatywnej medycyny korzysta np.: w Kanadzie 70% populacji, w
Australii 48%, Francji 49%, USA 42%, Belgii 31%. Jak widać są to
liczby bardzo znaczące. Jestem przekonany, że w Polsce dotyczy
to także co najmniej 20-30% całej populacji – nie jest to więc
marginalna nisza rynkowa, lecz potężny „elektorat”. Wsparcie
medycyny naturalnej lub zaniechanie poprawy sytuacji
w tym
zakresie przekładają się wyraźnie na statystki zachorowalności i
efekty leczenia, a co za tym idzie – na koszty funkcjonowania
służby zdrowia w Polsce. Medycyna komplementarna i alternatywna
powinna więc być na równych prawach z medycyną zachodnią
kontraktowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia i dostępna dla
wszystkich pacjentów, tak jak jest np. w Niemczech. Skorzystają
na tym wszyscy, bowiem diagnozowanie i leczenie jej metodami
jest zazwyczaj znacznie tańsze niż
w przypadku medycyny
zachodniej. Również rozsądne podejście do uzdrawiania metodami
niekonwencjonalnymi (np. bioenergoterapia prowadzona we
współpracy z lekarzami) nie powinno być a priori przez lekarzy
odrzucane.
Mam nadzieję, że moje uwagi nie zostaną odebrane jako atak na
medycynę zachodnią, a popieranie tradycji np. wschodnich. Mam
ogromny szacunek dla naszych lekarzy i ich osiągnięć. Sądzę też,
że lekarze nie muszą się obawiać konkurencji - ludzie zazwyczaj
najpierw udają się do nich, a dopiero potem, gdy medycyna
„oficjalna" im nie pomoże, zwracają się w kierunku medycyny
naturalnej czy też innych metod alternatywnego leczenia. Każdy
przecież chce być zdrowy i szczęśliwy. Wierzę, że dopiero
świadome połączenie osiągnięć różnych tradycji medycznych
pozwoli stworzyć prawdziwą, humanistyczną medycynę jutra.
|
Marek Kalmus;
Kraków, październik 2005 |
Przypisy
1. Np. komentarz prof. hab. med. Wiesława W. Jędrzejczaka,
kierownika Zakładu Immunologii CSK WAM, przewodniczącego Komisji
Hematologii Doświadczalnej i Inżynierii Komórkowej PAN do
artykułu dr Macieja Wszelaki Okna w głąb ciała (Wiedza i Życie,
2/1992). Profesor Jędrzejczak poddaje totalnej krytyce
irydologię i medycynę niekonwencjonalną swoją wypowiedzią dając
jednak wprost świadectwo, że ich nie zna i poznać nie zamierza!
Równie bulwersujące i demagogiczne są niektóre publikacje prof.
dr hab. Andrzeja Gregosiewicza (m.in.: Chore zdrowie Nowej Ery,
Gazeta Lekarska 2004/5, Artykuł 21 czy paragraf 22, Gazeta
Lekarska 2004/2, Homeopatia – kpiny z medycyny, Medicus 4/2002).
2. Na przykład: artykuł K. Olszewskiego Przedsiębiorczy mnisi z
Ułan Bator, Gazeta Wyborcza z 9.I.1991 r.
3. które zawsze przecież można zmienić – pod warunkiem, że
istnieje do tego stosowna wola.
Nie należy zapominać, że
największy wpływ na tworzenie prawa ma dane lobby zawodowe – w
tym przypadku lekarzy medycyny zachodniej, natomiast nikt nie
zapraszał do grona konsultantów przy okazji tworzenia prawa
(dotyczącego medycyny i prawa do leczenia) autentycznych
fachowców, przedstawicieli np. medycyny chińskiej, homeopatii
czy irydologi itp.
4. Wyraźnie rozróżnia to np. prawodawstwo dotyczące medycyny i
prawa wykonywania zawodu
w zakresie akupunktury w Wielkiej
Brytanii, gdzie najlepiej w Europie uregulowane są zasady
leczenia przy zastosowaniu metod medycyny alternatywnej i
komplementarnej.
5. Niestety, mimo istnienia Rady do Spraw Niekonwencjonalnych
Metod Terapii przy Ministrze Zdrowia, od kilku lat niewiele ona
zdziałała i istnieje uzasadniona obawa, że jej działania będą w
dalszym ciągu nic nie znaczące, ponieważ: (1) nie posiada ona
praktycznie żadnych środków na wykonanie rzetelnych analiz i
badań, (2) nie prowadzi konsultacji ze środowiskiem praktyków
medycyny alternatywnej
i komplementarnej ani (3) nie
zainicjowała żadnej debaty społecznej w tej sprawie, (4) nie
posiada
w swoim gronie fachowców i praktyków z tych dziedzin –
Rada zdominowana jest przez lekarzy medycyny zachodniej - co
najwyżej życzliwie nastawionych do tematu lub interesujących się
innymi tradycjami medycznymi, lub w ograniczonym zakresie,
wybiórczo stosujących niektóre elementy tych tradycji (np.
akupunkturę medycyny zachodniej, a nie akupunkturę tradycyjnej
medycyny chińskiej).
Tak więc jest to typowy dla polskiej
polityki organ mający sprawić wrażenie, że prowadzone są w tej
sprawie jakieś fachowe konsultacje.
6. Traditional Medicine – Growing Needs and Potential, WHO
Policy Perspectives of Medicines,
No. 2 May 2002, Geneva. |